Rok 2016 podzielony mam na dwa okresy podróżnicze. Pierwszy, który opiszę w tym i kolejnym wpisie, skupia się na zwiedzaniu Hiszpanii. O drugim nie chcę jeszcze pisać, ponieważ plan wyjazdu dopiero się kształtuje i jeszcze jest wiele niewiadomych. Powróćmy więc do Hiszpanii.

Jaka miejscowość przychodzi wam do głowy jeśli słyszycie o Hiszpanii? Podejrzewam, że spora część odpowiedzi będzie brzmiała Barcelona. I nie ma co się dziwić. Jest to bardzo piękne miasto, wręcz unikatowe w skali kraju (przynajmniej na tyle na ile ten kraj zwiedziłem), ale nie jedyne, w którym można dobrze i tanio spędzić czas.

Pierwszy tegoroczny wyjazd do Hiszpanii wyszedł nieco niechcący. Dla zabicia czasu przeglądałem loty na stronie Wizz Air i zauważyłem, że lot w jedną stronę z Warszawy do Alicante kosztuje około 50 złotych. Po sprawdzeniu lotu powrotnego, cena podskoczyła do kilkuset złotych. Na szczęście niewielka korekta terminu wylotu oraz powrót Ryanairem pozwoliła znacznie zmniejszyć cenę podróży. Zanim jednak o napiszę o cenach, pozwólcie, że podzielę się wrażeniami.

Wyjazd podzieliliśmy po równo na zwiedzanie Alicante i Walencji – na każde miasto przeznaczyliśmy 4 dni. Jak się okazało, było to nieco za długo. Nie jestem fanem wylegiwania się na plaży, a same miasta, poza przepyszną kuchnią, nie miały za wiele do zaoferowania. Owszem, były ładne (nie jak-Barcelona-ładne), w miarę czyste, a mieszkańcy byli przyjaźni, niestety nie czułem tego czegoś. Możliwe, że spowodowane to było dosyć suchym krajobrazem, który poza miastem wyglądał jak wysuszony przez upalne lato park.

Na powyższych zdjęciach przedstawiłem praktycznie wszystkie atrakcje pierwszej miejscowości – Alicante. Ładne zabytki oraz kamienice, kilka ciekawych miejsc oraz świetna plaża. Ostanie zdjęcie pochodzi z fabryki czekolady z pobliskiej miejscowości Villajoyosa. Sama wizyta polegała na obejrzeniu filmu opowiadającego historię firmy, obejrzeniu kilku eksponatów oraz ekspresowym przejściu przez linię produkcyjną, prosto do sklepu z pamiątkami.

Drugim miastem na naszej liście była Walencja. O wiele większa i mogłoby się wydawać ciekawsza od stosunkowo małego Alicante. Niestety tutaj też wiało nudą. Na uwagę zasługują dwa miejsca – park zbudowany w dawnym korycie rzeki, ciągnący się przez całe miasto oraz ufo, czyli Miasteczko Nauki i Sztuki, będące jednym z piękniejszych budynków, które widziałem. Reszta miasta, podobnie jak w Alicante, była ładna, zapełniona przyjaznymi ludźmi z pięknym starym miastem ale nie miała tego czegoś. Tego czegoś, co dostrzegłem w Barcelonie i błędnie założyłem, że jest w każdym hiszpańskim mieście.

Zdaję sobie sprawę, iż poczucie estetyki jest bardzo subiektywne, a o moim bardziej pasowałoby powiedzieć skrzywione, więc nie zrażajcie się do Alicante oraz Walencji. Miasta oferują bardzo dużo atrakcji turystycznych, niestety nie trafiły one w mój gust.

A jak taki wyjazd wygląda cenowo? Okazuje się, że za 8 dni na hiszpańskim wybrzeżu zapłacimy mniej niż za podobny wyjazd nad nasze morze. Co więcej, mamy gwarancję dobrej pogody nawet w kwietniu. Nasz wyjazd odbył się w połowie kwietnia i od pierwszego dnia żałowaliśmy, że nie zabraliśmy kremu do opalania. Wracając do cen. Serwisy podróżnicze piszą, iż cena za lot w dwie strony do Alicante dla jednej osoby jest okazyjna, jeśli będzie niższa niż 300 złotych. Nam udało się złożyć lot za 200 złotych. Wystarczyło odpowiednio poprzesuwać termin wylotu oraz połączyć dwie linie lotnicze. Cena za hotel również nie była wygórowania. Tutaj również należało uzbroić się w cierpliwość oraz dopasować termin razem z lotem. Odrobiona cierpliwości i okazało się, że nocleg dla dwóch osób kosztował około 120-130 złotych za noc. Da się uzyskać cenę poniżej 100 złotych, jednak chcieliśmy mieć nocleg w centrum.
Wyżywienie wychodziło dokładnie tak samo jak w Polsce. Śniadania zakupione na lokalnym rynku lub w markecie zamykały się w cenie 5-6 euro za dwie osoby (w cenie pieczywo, hiszpańska szynka, ser, owoce i czasem wino). Dobry obiad można zjeść w granicy 20-30 euro za dwie osoby. Po sprawdzeniu cen doszedłem do wniosku, że w wersji oszczędnej można utrzymać się za 50 euro na dzień na dwie osoby.

Od strony technicznej, kolejny raz zawiódł Google. Język hiszpański znam w bardzo podstawowym zakresie, który ogranicza się do bazowych zwrotów oraz słów, a Hiszpanie jak większość Europy, nie mówi po angielsku. Dlatego też bardzo liczyłem na Google Translate, które jak się okazało nie działa offline (wtedy nie działał). Podobnie zawiodły mapy Google, których wersja offline to karykatura map. Na szczęście nie zawiodły mapy Here. Przy okazji – mapy Here na Androidzie bardzo długo łapały pozycję, podczas gdy na iPhone potrzebowały kilku sekund (często nawet mniej).
Zdecydowania większość restauracji posiada Wi-Fi, ale dopiero uzyskamy do niego dostęp, gdy coś zamówimy. Zdarzało trafić się na otwartą sieć, ale zazwyczaj był to dostęp ograniczony na kilkanaście minut (później trzeba było płacić) lub tragicznie wolny.

Podsumowując. Alicante i Walencja to bardzo piękne miasta, z czystą plażą, przepysznym jedzeniem i przyjaznymi ludźmi. Niestety nie oczarowały mnie tak, jak się tego spodziewałem. Nie oznacza to, że nie warto ich odwiedzić. Na pewno znajdziecie tam coś ciekawego dla siebie.