Jeśli śledziliście moją aktywność w sieci, na pewno zauważyliście, że faworyzowałem produkty Microsoftu, broniłem Windowsa przed fanboy’ami innych systemów oraz z uporem maniaka męczyłem się z „najdoskonalszą” konsolą pod słońcem. Dużo czasu poświęcałem na szukanie windowsowych alternatyw dla znanych i lubianych rozwiązań działających pod kontrolą Linuxa. Nie zraziłem się nawet po premierze Windowsa 8, który uważałem i nadal uważam za udany system. Dlaczego więc napisałem, że stałem się rozczarowanym klientem?

Na przestrzeni ostatnich kilku lat pojawiło się wiele drobiazgów, które piętrzyły się, aż w końcu kolejny z nich przelał szalę goryczy i zdecydowałem się na rewolucyjną wręcz zmianę. Zanim jednak do tej rewolucji przejdę, wymienię kilka drobiazgów, które do przeprowadzenia rewolucji mnie skłoniły.

Zaczęło się niewinnie – pewnego pięknego dnia mając do dyspozycji jedynie telefon Lumia 920 musiałem odwołać rezerwację hotelu na Booking.com. Niestety na Windows Phone nie ma takiej aplikacji, a hasło do serwisu mam zsynchronizowane w przeglądarce Firefox, więc nie pozostało nic innego jak zabawa w odzyskiwanie hasła. Wtedy akurat nie miałem na to ani czasu ani ochoty.

Kolejnym kamieniem milowym okazał się być tablet. Kupiłem budżetowy sprzęt, nie wymagając od niego cudów. Ot miała to być zabawka na czas podróży oraz czasoumilacz w nudne wyjazdowe wieczory. Okazało się, że oferowana pojemość w postaci 16GB to zdecydowanie za mało. Żeby nie było – aplikacje się mieszczą (swoją drogą co to za bzdura, że nie można instalować aplikacji Moredn UI na karcie pamięci), dokumenty się mieszczą, filmy i muzyka czekają na swoją kolej na karcie pamięci. W czym więc jest problem? Tabletu nie da się zaktualizować do Windowsa 10, ponieważ za mało jest miejsca na wbudowanym dysku.

Następne rozczarowanie nadeszło ze strony Androida (a dokładniej aplikacji Microsoftu przygotowanych na tę platformę). Po zmianie Lumii 920 na LG G3, próbowałem zainstalować znane i lubiane aplikacje ze stajni Microsoftu. Był to przede wszystkim Outlook, OneDrive oraz OneNote. I zaczęły się schody – Outlook nie wyświetla powiadomień o nowej poczcie, a OneDrive i OneNote synchronizują się stanowczo zbyt długo. Problemem okazało się również synchronizowanie kalendarza, a dokładniej jego brak, co zaowocowało migracją do Google Calendar.

W międzyczasie pojawił się Windows 10, z którym wiązałem wielkie nadzieje. Zainstalowałem go prawie od razu i prawie od razu wiedziałem, że nie będzie to mój główny system operacyjny. Wbudowane aplikacje zostały przeniesione do Modern UI (np. ustawienia, kalkulator, kalendarz i zegar, Edge, itp.) co bardzo mi się nie podoba. Aplikacje te lubią długo się uruchamiać, przestawiać odpowiadać i są po prostu mało praktyczne na komputerze typu desktop lub niedotykowy laptop. Tak, wiem, że to jeszcze wersja preview, ale takie same odczucia mam w stosunku do aplikacji Modern UI w Windowsie 8.1.

Czarę goryczy przelało Raspberry Pi, a raczej Windows 10 IoT Core, którego można zainstalować na wspomnianym mikrokomputerze. Bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że wspomniany Windows to nic innego jak „pudełko” bez interfejsu graficznego, do którego dostać się można zdalnie przy pomocy PowerShella, a deploy aplikacji zajmuje kilka razy więcej czasu niż wykonanie komendy git push na maszynie deweloperskiej, zalogowanie się po ssh do malinki oraz git pull na niej (mowa tutaj o systemie Raspbian i aplikacjach pisanych w Pythonie).

W tym momencie zdecydowałem, że najwyższa pora pożegnać się z Windowsem. Wybór wydawał się oczywisty – Linux. I tak korzystałem już z Ubuntu na drugim laptopie służącym do deweloperki na Raspberry Pi, więc wystarczyło tylko doinstalować kilka brakujących aplikacji i jedyne czego będzie mi brakować, to gry zakupione na Steam. Jednak im dłużej szukałem zamienników wykorzystywanych aplikacji lub ich oficjalnych wersji na ten system, tym coraz bardziej dostrzegałem, że Ubuntu nie jest dla mnie. O ile do pracy system ten nadaje się idealnie, tak do codziennego używania już nie bardzo.

W ten oto sposób dochodzimy do wspomnianej wcześniej rewolucji. Z fanboy’a Microsoftu stałem się rozczarowanym klientem, który uciekł na drugą stronę barykady – od około tygodnia jestem zadowolonym posiadaczem Macbooka Pro. Przez ten czas byłem w stanie skonfigurować swoje środowisko pracy, znaleźć zamienniki lubianych i używanych aplikacji oraz zrewidować opinię o ekosystemie Apple’a. Jestem bardzo zadowolony z podjętej decyzji. Na tyle zadowolony, że rozpatruję przesiadkę z Androida na iPhone’a oraz wymianę tabletu z Windowsem na iPada.

W swoim życiu spędziłem niezliczone godziny na dyskusjach na temat wyższości jednego ekosystemu nad innym. Po swoich przygodach widzę, że były to jałowe dyskusje. Każdy ekosystem się zmienia na przestrzeni lat (miesięcy?) i nie da się jednoznacznie stwierdzić, który jest najlepszy. Doskonale pokazuje to mój przypadek – fanboy Microsoftu przeszedł na stronę „wroga”. Pamiętajmy o tym podczas kolejnych sporów o wyższości masła nad margaryną.