W tym roku z utęsknieniem czekałem na dwie premiery kinowe – tytułowego Prometeusza oraz ostatnią część Batmana. Zapowiedzi, spoilery, reklamy i cały buzz wokół obu premier, spowodował, iż z niecierpliwością odliczałem dni do premiery. Oba filmy obejrzałem w dniu premiery, a moje oczekiwania rozdmuchane przez marketingowa maszynkę, były ogromne.

Niestety jak to w życiu bywa, reklama zakłamała prawdziwy obraz produktu i oba filmy okazały się być mocno poniżej moich oczekiwań. Zacznijmy od Prometeusza.

Prometeusz reklamowany był na wiele sposobów, a plotki (przecieki kontrolowane oraz opinie piratów) tylko podsycały apetyt na film, który miał być prequelem Obcego oraz psychologicznym dreszczowcem odpowiadającym na fundamentalne pytania, takie jak skąd pochodzimy i dlaczego. Odpowiedź na pierwsze pytanie padła w pierwszych czterech minutach filmu, a na drugie pewnie pojawi się w kolejnej części, ponieważ pozostawiono furtkę w postaci otwartego zakończenia. Niestety film mocno mnie rozczarował i mimo bardzo dobrych efektów specjalnych do pięt nie dorasta swojemu pierwowzorowi. Bohaterowie byli bardziej niż przewidywalni, a rozterki moralne sprowadzały się do problemu – posmarować chleb masłem, czy margaryną. Niestety potencjał filmu został zmarnowany.

Niezrażony porażką Prometeusza, wybrałem się na nocną premierę Dark Knight Rises, z nadzieją, iż kolejny przeciwnik Batmana będzie Jokerem, który ma plan i wie, czego chce. Spodziewałem się powtórki drugiej części, tyle że w lepszym wydaniu. Niestety okazało się, że ostatnia część trylogii Nolana mocno czerpie z pierwszej części, a Bane jest tylko cieniem Jokera. Film, mimo tego, iż trwał przez prawie trzy godziny, był niespójny, niektóre wątki wymyślone były na siłę, a zakończenie było bardziej niż przewidywalne. Szkoda, że w taki sposób Nolan żegna się z Batmanem, ponieważ Dark Knight zapadł mi mocno w pamięci, głównie dzięki Jokerowi, którego powiedzenia na stałe zawitały w moim słowniku. Niemniej, Dark Knight Rises trafi do mojej kolekcji DVD, przy czym tym razem, poczekam na przecenę, a film obejrzę tylko dlatego, że będzie mi się nudziło.

Obie porażki, mimo iż miło spędziłem czas w kinie, spowodowały tylko to, że każdy kolejny “wielki” film będę oglądał z przymrużeniem oka, całkowicie ignorując maszynkę do wyciskania pieniędzy. Dlatego po kolejnym filmie, na jaki wybiorę się do kina (pewnie po drodze coś jeszcze wpadnie), spodziewam się przyzwoitego kina grozy bez rewelacji (tak samo jak w przypadku remake’u Koszmaru z ulicy wiązów).