Do napisania poniższego tekstu przymierzałem się kilka razy, za każdym razem po spektakularnej klęsce legalnego sposobu pozyskiwania treści chronionych prawem autorskim. Gorzkie żale wylewałem już kilka razy w różnych miejscach, przyszła jednak pora na podsumowanie moich doświadczeń związanych z legalnymi źródłami “contentu”.

Zacznijmy od filmów (i seriali). Nie określiłbym siebie mianem kinomaniaka, jednak dobry film (serial) sprawia mi tyle samo przyjemności co dobra książka (dobra – relatywne pojęcie, które ma tutaj drugorzędne znaczenie). Dlatego też dosyć często odwiedzam trójmiejskie kina w poszukiwaniu rozrywki. Pomijając hałasującą gawiedź, zapychającą się wszelkiej maści przekąskami i niepotrafiącą wyłączyć telefonu na czas trwania filmu, rozrywkę skutecznie psują mi reklamy wyświetlane przed filmem. O ile zapowiedzi nowości są jak najbardziej na miejscu, tak oglądanie reklam podpasek przed filmem, za który zapłaciłem wcale niemałe pieniądze, to już lekka przesada. Pół biedy, gdyby reklam było kilka. Ale nie, blok reklamowy powoduje, że film zaczyna się dobre 20 – 30 minut później.
Czasami zdarza się, że nie mam jak wybrać się do kina, więc uzbrajam się w cierpliwość i czekam na DVD, które potrafi pojawić się kilka miesięcy po kinowej premierze. Jak już się pojawi, szczęśliwy wydaję kilkadziesiąt złotych na płytę i dosłownie krew mnie zalewa, gdy przed filmem jestem częstowany nieprzewijalną porcją reklam produktów, które za kilka miesięcy/lat nie będą już istniały, a ja za każdym razem odtwarzając płytę, będę musiał o nich jeszcze raz usłyszeć. Ale nie to jest najbardziej denerwujące. Jak płachta na byka, działają na mnie “reklamy” traktujące mnie jak złodzieja. Przed większością filmów/seriali pojawia się szereg ostrzeżeń, że piractwo to wcielony antychryst oraz że FBI będzie mnie ścigało na końcu świata, jeśli odważę się zrobić coś niecnego z posiadaną przeze mnie płytą.

Pora zabrać się za gry. Dawno nie grałem w nic na PC (Xbox w zupełności zaspokaja moje niewielkie potrzeby marnowania czasu na zabijanie wirtualnych wrogów), jednak ostatnia odsłona Diablo spowodowała, iż postanowiłem sprawdzić z czym to się je. Sama gra spowodowała, że dobrych kilka godzin minęło jak z bicza trzasnął (na szczęście byłem w posiadaniu tylko guest pass, więc nie zmarnowałem za dużo ze swojego życia), ale przeboje związane z samą grą spowodowały, że na pewno jej nie kupię. Zaczęło się od tego, że musiałem założyć konto, którego nie potrzebuję. Potem okazało się, że do grania w trybie single player wymagane jest połączenie z siecią. Kolejnym gwoździem do trumny okazały się problemy z dostępnością serwerów. Ni stąd ni zowąd wyrzuciło mnie z gry w trakcie pacyfikowania rzeszy nieumarłych, ponieważ serwer miał dosyć. Nie tak traktuje się osobę, która chciała wydać niemałe pieniądze na produkt, który okazał się być wybrakowany.

A co z muzyką? Wielkim melomanem nie jestem, ale muzyka to i tak spora część mojego życia i bez niej byłoby po prostu nudno. Dlatego z nieskrywaną radością witam inicjatywy takie jak musicrage.org. Niestety na tym polu również nie jest różowo. Wystarczy wspomnieć problemy jakie ma Grooveshark lub ograniczenie zasięgu działania Pandory. Czarę goryczy przelał jednak komunikat jaki mnie powitał na Amazonie, przy próbie kupna płyty pewnego perkusisty, który, co tu dużo pisać, po prostu mnie rozwalił.

Wspomniany komunikat to:

We’re sorry. We could not process your order because of geographical restrictions on the product which you were attempting to purchase. Please refer to the terms of use for this product to determine the geographical restrictions. We apologize for the inconvenience.

Powyższe przygody związane z próbami legalnego pozyskania treści nie są odosobnionymi przypadkami i można je mnożyć w nieskończoność. Dlaczego wielcy szefowie, wielkich korporacji zamiast marudzić, że piraci odbierają im ciężko zarobione pieniądze, nie ruszą czterech liter i nie wyjdą naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów? Ponieważ albo za dużo zarabiają, albo są zbyt ograniczeni umysłowo, aby pojąć, iż rynek się zmienił od czasów, w których zaczynali swoją przygodę z prawami autorskimi. Chciałbym dożyć czasów, w których zakup muzyki/filmu/gry będzie polegał na wyborze interesującej nasz treści, podaniu numeru karty kredytowej i rozkoszowaniu się zakupioną treścią na dowolnej ilości urządzeń, bez konieczności bycia podłączonym do sieci.